niedziela, 23 czerwca 2013

dziesięć: Samsung Irena Women's Run

Wraz z moją siostrą na spontanie zapisałyśmy się na bieg Samsunga. Zachęcona byłam w dużej mierze niebieskimi, bardzo twarzowymi koszulkami ;)

Jak było? Po nocno - rannej ulewie i 4h snu byłam mimo wszystko zdeterminowana do wzięcia udziału w biegu. Koło 11 zaczęło się przejaśniać i wkrótce zrobiło się mega gorąco. Na start dotarłyśmy minutę przed rozpoczęciem biegu - skakanie przez barierki zaliczone.
Pierwszy kilometr środkiem wzdłuż łazienek poszedł gładko, podbieg na Gagarina już sporo gorzej. Prażące słońce na całej długości Alej Ujazdowskich rekompensowali kibicujący panowie, ale jednak było ciężko. Zbieg piękną to najfajniejszy moment na trasie, ale gdy wybiegłam z cienia poczułam się niezbyt dobrze. Pocieszałam się tylko tym, że widzę już metę. Na ostatniej prostej udało mi się cudem totalnym wykrzesać z siebie trochę więcej tempa, dzięki któremu nieznacznie poprawiłam swój wynik.

Przekroczywszy linię mety śmignęłam po wodę, którą brałam niczym chytra baba z Radomia, a następnie w nieco bardziej ustronnym miejscu zrobiłam sobie szybki prysznic z mineralki.
Atmosfera mega sympatyczna, ale pogoda nie do wytrzymania. Mam nadzieję, że za rok będzie chłodniej.


Wg maratonczyk.pl uplasowałam się w 2/3 wszystkich uczestniczek. Nie jestem super zadowolona z tego miejsca, ale czas 34:10 uważam za całkiem niezły, jak na te warunki. W przyszłym roku będzie lepiej. Na She Runs the Night za tydzień - też :)
Z racji, że zaszwankował mi GPS, endomondo nie pomagało, skutkiem czego nie mogę podejrzeć, jak się mój bieg technicznie przedstawiał. Ech.

A, zapomniałabym, ja to ta mniejsza z dumnie skrytym numerem 20 :D

sobota, 22 czerwca 2013

dziewięć

Trochę ostatnio zaniedbałam xrayofrunning, jutro nadrobię. Spontanicznie z siostrą zdecydowałyśmy się pobiec w Samsung Irena Women's Run, wczoraj odebrałam nasze pakiety startowe. Nie obyło się bez przygód, ale dzięki temu mogę się poszczycić pięknym dwucyfrowym numerem startowym :)

Jutro zapewnię dłuższą relację z biegu Samsunga, a tydzień później startuję w przełożonym She Runs the Night, tak więc ciekawszych postów nie zabraknie.


Btw, musiałam wrzucić tu to zdjęcie, bo strasznie podobają mi się te buty wizualnie :D

wtorek, 11 czerwca 2013

osiem

Nadszedł ten dzień w tygodniu, który nadchodzi co najmniej raz, gdy nie biegam sama. Ponieważ praca wykluczyła moje bieganie po lesie z Grzegorzem (częstotliwość raz na dwa tygodnie, co bym za bardzo nie hasała po miękkim terenie), pozostaje wieczorne bieganie z Kubą. Jako, że we dwoje raźniej, pobiegliśmy starą trasą. Spostrzeżenia mam trzy: 
- po 4h snu i całym dniu latania bolą mnie nogi
- kiedyś wszelki wysiłek fizyczny podczas okresu przyprawiał mnie o palpitacje serca. teraz TE dni w żaden sposób nie determinują mojego planu treningowego
- jednak w słuchawkach mam wrażenie, że sapię dużo głośniej, niż faktycznie ma to miejsce ;)
Po trzecim kilometrze poprosiłam Kubę o chwilę przerwy. Potem pobiegliśmy już do końca trasy. A po powrocie do domu moja kotka spotkała takiego koJeżkę:


poniedziałek, 10 czerwca 2013

siedem: nowa Monika

Dzisiejszy post będzie relatywnie nudny i niestety bez zdjęcia, bo totalnie zapomniałam.
Po mojej przygodzie z dzikami postanowiłam zmienić przyzwyczajenie do starej trasy i zredukować ją do bezpieczniejszych rejonów. Połowicznie mi się to udało i jestem z siebie bardzo dumna. Być może nowa trasa, a może nawał obowiązków dzisiejszego dnia, dodał mi pałera i pobiłam 3 swoje rekordy na endomondo - test Coopera z 1,86 na 1,9, 1km z 6:15 na 6:06, a trzeciego nie mogę podejrzeć bez endomondo pro i jestem tym nieco zawiedziona. Ale nic, ważne, że jest i po 3 dniach bez biegania zaczęłam nowy tydzień z pozytywnym przekazem od siebie do mnie - biegaczki :)

niedziela, 9 czerwca 2013

sześć: odwołanie She Runs The Night

Dzisiejszy wpis miał być zupełnie inny, jednak nieprzewidywalność życia jak zwykle kieruje tym, jakie literki się tu pojawią. Właśnie w momencie, gdy dogadywałam szczegóły dojazdu z siostrą do miasteczka biegowego na podzamczu, rzuciła mi się na Facebooku Nike informacja, że bieg jest odwołany. Tego postu nie byłoby, gdyby nie jad wylewający się z komentarzy niedoszłych uczestniczek biegu. To, że po kilku godzinach ulewy, gradu i paru przemieszczających się nad stolicą burz trasa biegowa obejmująca część Wisłostrady nie jest zdatna do biegu, to żadna filozofia. 
Regulamin zawodów obiecywał (lub ostrzegał), że bieg odbędzie się bez względu na warunki pogodowe, ale LITOŚCI chodziło o brak wpływu na temperaturę i zachmurzenie, a nie to, czy na trasie będzie stała woda o głębokości kilkudziesięciu centymetrów.
Kolejna kwestia, co organizator wyraźnie podkreślił: najważniejsze jest BEZPIECZEŃSTWO. Rozumiem, że są chojraczki, którym "parę kałuż" nie popsuje frajdy z biegu, ale to już przesada:
źródło: http://www.rdc.pl/informacje/samochody-jak-amfibie-a-wislostrada-jak-druga-wisla-oberwanie-chmury-w-warszawie-zdjecia/#
I nie chodzi mi tu absolutnie o bycie człowiekiem z cukru, nie. Ja również uważam, że podczas deszczu biega się rewelacyjnie. Jednak między dumą i kondycją a głupotą granica powinna być nieco mniej płynna.
Co do osób, które na bieg jechały z różnych krańców Polski: wyjeżdżając na wakacje nad polskie morze również macie pretensję, że pogoda nie dopisała, chociaż poniosłyście koszty transportu? Podkreślam: organizatorzy She Runs The Night to są ludzie, nie władcy piorunów czy inne Posejdony. Apeluję o więcej wyrozumiałości i wobec nich i wobec samych siebie (co by nie szukać potem w tych ścianach wody zębów swoich i swoich koleżanek). Lub też starty w triathlonie i biegu rzeźnika czekają.
A ja zadowolona pobiegnę w terminie późniejszym i chętnie dam znać, jak było.

UPDATE: Na 3 godziny przed startem dostałam sms z informacją od Nike Poland o odwołaniu biegu. Organizator poda wkrótce nowy termin, a osobom, którym nie będzie on pasował, będą zwracane pieniądze. Moim zdaniem jest to OK, chociaż pewnie i w tej sytuacji znajdzie się gro osób niezadowolonych. Ech.

czwartek, 6 czerwca 2013

pięć: ja i moje dziki

Dzisiejszy bieg miał być bardzo nudny a post krótki. Wyszło jak zwykle odwrotnie.
Ok. 21:30 wyszłam przebiec moją stałą trasą, wariant dłuższy (5,5km), co by lepiej przygotować się do dodatkowych pętli podczas She Runs the Night. Od pierwszego kilometra ścigałam się z powolnym samochodem straży miejskiej, co było swego rodzaju urozmaiceniem i wyzwaniem. Nieco przed końcem pierwszej prostej rzeczony samochód zatrzymał się, 100 metrów dalej stał drugi, ale to nie zraziło mnie do dalszego biegu. I oto po lewej stronie zobaczyłam swój najgorszy koszmar: stado dzików. Mój w tył zwrot nastąpił w tempie kenijskiego biegacza, takiego co ma nogi długie, jak ja cała. Na szczęście pan strażnik miejski obiecał mi, że jeśli stadko pomknie w naszą stronę, mogę schować się w ich aucie. Póki co moje miękkie kolana odmówiły mi posłuszeństwa i zostałam w bezpiecznej odległości obserwując całą sytuację. Niestety dzików nie uwieczniłam na focie z całkowicie oczywistych względów.



Na pytanie, po co robię zdjęcie, odpowiedziałam: Na bloga. Reakcja pana SM: a, to bardzo spoko.
Po mniej - więcej 15 min okazało się, że mój koszmar uciekł do pobliskiego lasu. Jednak musiałam wykorzystać okazję rozmowy z panem głównym łowczym powiatowym, od którego dowiedziałam się, że w powiecie legionowskim żyje około 300 dzików, których populacja stale rośnie ze względu na nieodstrzeliwanie ich. Dodatkowo okazało się, że moje marzenie spotkania łosia na wolności jest bardzo realne, ponieważ jest ich tutaj 11 i przebywają również w naszym lesie (oprócz tego w Markach, Wieliszewie i Rajszewie).

Z zabawnych sytuacji, po mojej brawurowej ucieczce z pobliskiego domu wyszła mała dziewczynka i oznajmiła mi: "Bardzo mi się podobało, jak pani biegła. Wydaje mi się, że boi się pani dzików." Także mamy tutaj małego Sherlocka, jeśli nie Einsteina.
Oraz, już po tym, jak się uspokoiłam, pan SM oznajmił mi, że gdy brałam odwrót, locha albinoska stanęła na tylnych kopytkach i był to pierwszy raz w życiu, gdy widział dzika na dwóch raciczkach. Po tym fakcie nazwał mnie Postrachem Dzików.

Podsumowując, dzisiejszy bieg uważam za średnio udany, nie zrealizowałam planu minimalnego (zabrakło pół km), gdyż byłam mocno zestresowana powyższą przygodą.
Wniosek długofalowy: muszę przemyśleć nową trasę biegową i wypatrywać pilnie łosi.

cztery

Must have numer jeden to dla mnie leginsy. Z gołymi pośladkami nie mam odwagi biegać no i mając wybór między krótkimi spodenkami a długimi, wolę te długie - bardziej uniwersalne na nasz kapryśny klimat.
Mama kupiła mi nowe leginsy, w których będę biegać. Celowo nie piszę leginsy do biegania, gdyż są to zwykłe kalesony z bazarku, na bardziej profesjonalne jeszcze mnie nie stać :)



Pokazuję metkę, bo zakładam, że każdy wie, jak wyglądają zwykłe czarne leginsy, natomiast taka mieszkanka bawełny i spandeksu sprawdza się bardzo fajnie podczas wieczornego biegu - gatki są cienkie i chłodne, nie spociłam się. Przetestuję to w cieplejszy wieczór lub może nawet, jeśli oszaleję, to w słoneczny dzień, i zrobię porównanie. Póki co jestem zadowolona.
PS. Oczywiście mój rozmiar to nie Super XS tylko eXtra Super XS, ale nie zmieściło się na chińskiej metce.

trzy

Pozytywnie nastrojona czekaniem 4min na autobus przy Uniwersytecie Medycznym i obserwowaniem w tym czasie 12 biegaczy (średnio 1 co 20sekund - wow!) złapałam porządną motywację do wieczornego treningu.
Dzisiejsze bieganie zaczęłam późno, bo po 23. Siłą rzeczy nie sprawdziłam temperatury, ale było cieplej, niż myślałam - po pierwszym kilometrze w rytmach You can leave your hat on zdjęłam bluzę i śmigałam dalej. Prosta trasa, 2km w jedną stronę. Zawijając z powrotem wpadłam na dziwny i jak się okazało wielce oświecony pomysł rozluźnienia łydek co dało efekt lekkiego biegu i biegło mi się dużo przyjemniej i lżej właśnie. Będę to nazywać cwałem łani po łące. Będąc już przy zwierzętach - dzików nie spotkałam, tylko nietoperz latał nad głową, ale obyło się bez przyjaźni. Po drodze spotkałam jednego biegającego pana. Jak na tak późną godzinę i tak nieźle.
Po przebytej trasie, której dystans na dziś ustaliłam czterokilometrowy, zrobiłam sobie mały odpoczynek na huśtawce:


To by było na tyle. Aha, jeśli podczas niedzielnego biegu będę miała takie samopoczucie jak dziś, będzie bardzo dobrze. Nocka to fajna pora do biegania. Pomijając nocne grube czarne pająki z krzaków na chodnikach. Ale to już zupełnie inna historia :)

wtorek, 4 czerwca 2013

dwa


Nieco po godzinie 21, 15 stopni Celsjusza, podeszczowe klimaty i średni wiatr - idealna pogoda do biegania. Włożyłam moje różowe butki i zgodnie z zapowiedzią pomknęłam. Chociaż pomknęłam to może nad wyrost - średnio 6.50 min na km. Mimo to prześcignęłam tego pana:



Minął mnie też pan biegacz - uwielbiam zwyczajowe pozdrowienia. Na szczęście biegł z naprzeciwka, więc nie odczułam smutku człowieka - ślimaka.
Po drugim kilometrze, mimo najszczerszych chęci, zrobiłam małą przerwę. Wahałam się, czy wrócić tą samą trasą, czy nieco ją wydłużyć - ambicja zwyciężyła. Tym sposobem przebiegłam dziś 5km, czując w łydkach wczorajszą życióweczkę. Jednak uważam dzisiejszy trening za całkiem udany.

jeden

Ponieważ biegam już od 3 miesięcy, postanowiłam poprowadzić szczerego i zwięzłego (w odróżnieniu od rozwiązłego xrayofbooks.pl) bloga, w którym będziecie mnie mogli monitorować z postępów biegacza. Nie ukrywam, że xrayofrunning może stać się swego rodzaju nieregularnikiem, ale mam nadzieję, że to nie nastąpi.

Obecnie przygotowuję się do uczestnictwa w She Runs The Night. Nie mogę się doczekać, chociaż mam parę wątpliwości co do organizacji całej imprezy. All in all, w niedziellę przekonamy się, jak to w praktyce wygląda.

Póki co to tyle - czekam na wieczór, żeby pomknąć w siną dal :)